piątek, 27 stycznia 2012

Nie słuchaj, plotę bzdury.

- Nie lubię ludzi. Czasami siedzę z nimi, dobrze się czuję, jest miło. Ale kiedy tylko się odwracają, mam ochotę wydłubać im oczy.
Skinąłem głową, mrucząc coś na wzór: "mów dalej, słucham". Jednakże monolog mojego towarzysza wcale mnie nie interesował.
- Na pewno mnie słuchasz? - zapytał dla pewności, chociaż doskonale znał prawdę. Wiedział, że nie obchodzi mnie, co mówi. Nigdy mnie nie obchodziło. Jednak on nie przestawał mówić. Opowiadał mi o sobie, o innych, o świecie. A mi to nie przeszkadzało. W końcu, czemu miałbym mu przerywać?
- Słucham - skłamałem, wbijając wzrok w niebo.
Leżeliśmy tam, gdzie zawsze. Jedyny dach budynku, który nie był zamknięty. Obserwowałem przewijające się po niebie chmury, a on opowiadał.
W takich chwilach zawsze mnie ciekawiło, co on we mnie widzi. Codziennie przychodził tu, wiedząc, że i ja będę, po czym opowiadał. Trwało to od paru miesięcy. Nigdy nie rozmawialiśmy o naszych relacjach. Właściwie, to nie było żadnej relacji.
Nie myślałem o nim praktycznie wcale. Nie myślałem, czy i tym razem się pojawi. Nie myślałem, co robi, co się z nim dzieje. Nie myślałem, czy kogoś ma, czy jest sam. Był mi kompletnie obojętny.
Mimo to, kiedy pojawiał się tam, na dachu, zawsze coś we mnie drgało. W jakiś sposób się cieszyłem. Ale nie przyznałem tego przed sobą. Chyba wciąż tego przed sobą nie przyznaję.
Czasami spóźniał się i wtedy w pewnym sensie zaczynałem się zastanawiać, czy na pewno przyjdzie. Jednak już po chwili drzwi otwierały się, a on wpadał zmęczony, nierówno oddychając na dach i witał mnie serdecznie. A nasz rytuał zaczynał się od nowa.
Pewnego dnia jednak czekałem znacznie dłużej. I nie doczekałem się. Następnego dnia i kolejnego też go nie było. I nie pojawiał się przez kolejny miesiąc. A ja siedziałem na tym dachu, czekając na niego, jak głupi. W końcu miałem dość...
Postanowiłem, że to ostatni dzień czekania. Bo niby co mnie on obchodzi? Czemu interesuje mnie, z kim jest, co robi? Nie zależy mi na nim. Tego dnia wyjątkowo padało. Zbliżała się dwudziesta pierwsza, a ja z dziwnym uczuciem bólu, czekałem, bo może się pojawi.
Parę minut po dziewiątej poddałem się. Powoli podniosłem się z ziemi, cały przemoczony i wykończony czekaniem. Myślałem wtedy, że nigdy więcej się nie przyzwyczaję do żadnego człowieka. Schodziłem powoli w dół budynku. Na dole zatrzymał mnie jakiś chłopak. Nie zwróciłem uwagi, chciałem już wrócić do domu. On natrętnie trzymał mnie za rękę i nie miał zamiaru puścić. Obróciłem się w jego stronę i zobaczyłem uśmiechniętą, aczkolwiek poobijaną twarz. Ręka, którą mnie przytrzymywał, była zabandażowana.
Patrzyłem na niego dobry kwadrans, nie mogąc zrozumieć, co się stało. Bez słów pociągnąłem go za rękę i zaprowadziłem do swojego domu.
Tam pierwszy raz to ja zacząłem opowiadać. Siedział, słuchając mnie uważnie, uśmiechając się. Mówiłem, jak bardzo się bałem. Jak bolało, że mógł mnie zostawić. Jak cholernie chciałem go odnaleźć, ale nie miałem możliwości. Mówiłem bez przerwy, przez trzy godziny. Kiedy skończyłem, spokojnie podniósł się i przytulił mnie.
Nie wiem, kiedy z przytulenia, przeszliśmy do pocałunków, a z pocałunków do seksu. Ale to nic między nami nie zmieniło. Sądzę, że od początku go kochałem.
- Gabriel, słuchasz mnie? - z zamyślenia wyrwał mnie stanowczy głos Nathaniela.
Uśmiechnąłem się szeroko.
- Nie. Ale za to Cię kocham - mruknąłem.
Wywrócił oczami.
- Wracajmy już, ciemno się robi.
Wiedziałem, że nie odpowie tym samym. Chociaż był znacznie bardziej rozgadany, niż ja, w tych sprawach prawie nigdy się nie odzywał. Myślę, że właśnie to mnie w nim urzekło.

1 komentarz: