czwartek, 3 maja 2012

No other.

Naburmuszyłam się, widząc na zegarze cztery okrągłe zera. Dzień właśnie się zakończył, a po tobie ani śladu. Zmarszczyłam nos i ruszyłam wolnym krokiem w stronę lodówki. Nabrałam cholernej chęci, aby zjeść lody. Lodów nie było. Wzięłam więc sok.
Jakie to wszystko denerwujące. Nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Nasunęłam mocniej sweter na nogi i usiadłam na kanapie, wpatrując się w zapaloną świeczkę. Lubiłam patrzeć na ogień. Uspokajał mnie.
Myślę, że wtedy przysnęłam, bo kiedy po chwili otworzyłam oczy, leżałam już w łóżku, przykryta kołdrą.
Stałeś nade mną, trzymając w dłoni latarkę.
To właśnie w tobie uwielbiałam. Wiedziałeś, że nie lubię rażącego światła, jakie dawały lampy, więc w nocy chodziłeś z latarką. To było miłe.
Uśmiechnąłeś się. Ja też chciałam. Ale przypomniałam sobie, że jestem na ciebie obrażona. Odwróciłam się w stronę ściany, by pokazać ci moją złość i czułam, po prostu czułam, jak się uśmiechasz pod nosem.
- Przepraszam. Wiem, że miałem być wcześniej, ale uciekł mi pociąg - szepnąłeś, tuż nad moim uchem. Załaskotało mnie to i przeszedł mnie dreszcz. Starałam się zachować swoją postawę obrażonej księżniczki. Ale wiedziałam, że ty znasz mnie aż za dobrze i nie przejmiesz się tym.
- Skoro uciekł ci pociąg, to mogłeś zadzwonić - burknęłam.
- Rozładował mi się telefon.
- Miałeś pieniądze, mogłeś zadzwonić z budki.
- Wszystko wydałem na bilet.
- Jesteś beznadziejny.
- Ty też.
- Ty bardziej.
Zaśmiałeś się.
- Masz rację - stwierdziłeś optymistycznie.
- Zwykle znacznie dłużej zajmuje ci przyznanie mi racji - skwitowałam, marszcząc brwi.
- Jestem zmęczony - wyjaśnił.
Odetchnęłam głęboko.
- Ostatni raz ci wybaczam, następnym razem śpisz na kanapie.
Przesunęłam się bliżej ściany. Po chwili poczułam twoje ciepło obok siebie. Moje serce zabiło mocniej, kiedy objąłeś mnie ramieniem i przytuliłeś się do moich pleców. Czułam, że mój brzuch się buntuje i resztki pokarmu wirują w nim, jak zwariowane. Zaśmiałeś się.
- Twoje serce strasznie dudni - stwierdziłeś. Po chwili syknąłeś, czując, jak kopię cię w piszczel. - Jesteś okrutna.
Prychnęłam.
Poczułam, jak twoje palce powoli wplatają się w moje włosy. Po chwili krzyknęłam z bólu.
- Masz za swoje - szepnąłeś.
Odwróciłam się w twoją stronę. Chciałam powiedzieć ci, że to bolało, że jesteś idiotą, że cię nienawidzę. Ale wtedy uśmiechnąłeś się i spokojnie złożyłeś pocałunek na moich ustach.
- Kocham cię - mruknąłeś pod nosem, a ja przestałam się złościć.
To było denerwujące. Fakt, że wystarczył jeden twój gest, a ja przestawałam czuć jakiekolwiek negatywne uczucia. Nie znosiłam cię. Byłeś idiotą. Byłeś wredny. Byłeś okrutny, podły, za silny. Przerażałeś mnie. To, że potrafiłeś bez mrugnięcia okiem mnie skrzywdzić - bałam się tego. Potrafiłeś nie odzywać się parę dni, aby wrócić, dając marne wytłumaczenie, jak chociażby to, że przeprowadzałeś staruszkę przez ulicę.
Wiecznie się spóźniałeś.
Spóźniłeś się nawet na mój ślub. Nie wbiegłeś na czas, by krzyknąć, że się nie zgadzasz, jak pisali w bajkach. I nie zdążyłeś się pojawić w każdy inny dzień, w którym cię potrzebowałam. I czasami, gdy wspominałam tamte dni, chciało mi się płakać.
Ale, mimo to, cieszę się. To były dobre dni. A ty jesteś miłym wspomnieniem.

2 komentarze: